Pierwsza nie ostatnia miłość
| | |
|

Wielu ludzi mówi: „Jestem z gatunku tych poszukujących”. Ja mogę powiedzieć o sobie, że jestem z gatunku tych, którzy już znaleźli.
Jestem zakochaną i spełnioną kobietą - żoną, matką i kochanką. Pozostaję w stałym związku z jednym mężczyzną od siedemnastu lat. Moje małżeństwo jest bardzo udane i szczęśliwe.
Z niepokojem obserwuję, jak rozpadają się związki naszych przyjaciół, znajomych. A my - dwie zrośnięte ze sobą dusze - trwamy wciąż i na przekór szalonemu światu, tak blisko siebie, tak pięknie...
Życie nas nie rozpieszczało. Ale to może i dobrze, bo każda trudność, jaka się pojawiała i każdy problem, który udało nam się wspólnie rozwiązać, poprawiały tylko nasze wzajemne relacje i wzmacniały więź między nami. Mimo upływu lat, nam ciągle jest ze sobą tak samo dobrze. A może nawet coraz lepiej?
Wiedza i doświadczenie zdobyte w ciągu wielu lat budowania związku sprawiają, że z dnia na dzień jest nam coraz łatwiej - kochać się, rozumieć i być ze sobą.
I tym doświadczeniem i wiedzą chcę się dzielić z innymi ludźmi, którzy również zdecydowali, że chcą iść przez życie "we dwoje".
Czy wierzę w prawdziwą miłość? Nie, nie wierzę. Ja po prostu wiem, że ona istnieje. Doświadczam jej każdego dnia.
Kto doświadcza, nie musi wierzyć.
|
|
|
| |
| | |
To zagadnienie postanowiłam poruszyć opierając się na przeżyciach swojej przyjaciółki - Marysi, doświadczonej kobiety, która odważyła się wyjść naprzeciw nowej milości.
Marysia ma 55 lat. Jest matką dwóch dorosłych córek i szczęśliwą babcią. Po śmierci swojego pierwszego męża przez wiele lat żyła samotnie. Jednak od trzech miesięcy znów jest mężatką.
Marysiu, czy mogłabyś mi opowiedzieć swoją historię?
Po śmierci pierwszego męża byłam przerażona, załamana i samotna. Mimo że starsza córka już się usamodzielniła, młodsza wciąż pozostawała pod moją opieką.
Niestety, nie jestem typem „złotej rączki”, samodzielnej pod każdym względem, która potrafiłaby sobie sama wymienić uszczelkę w kranie, naoliwić skrzypiące drzwi czy wymienić przepaloną żarówkę. Technicznymi sprawami w domu, zawsze zajmował się mąż. Gdy go zabrakło, wszystko spadło na moją głowę. Musiałam sama zadbać o dom, jego utrzymanie, wszelkie drobne remonty, zaopiekować się starą, schorowaną matką i nastoletnią córką. Było mi bardzo ciężko.
Bywały chwile, że siadałam na dywanie i głośno płakałam. W ten sposób poróbowałam wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje. Po prostu jestem typem kobiety, który czuje się zdecydowanie lepiej, gdy ma przy sobie mężczyznę.
Dlaczego zatem tak długo zwlekałaś z decyzją o znalezieniu nowego partnera?
Po pierwsze, trudno mi było uwierzyć, że uda mi się znaleźć kogoś naprawdę fajnego.
Po drugie, moje pierwsze małżeństwo nie było tak do końca udane. Kochałam swojego męża, ale to nie była taka idealna miłość. Nigdy nie byłam w nim tak naprawdę zakochana.
Mąż miał bardzo trudny charakter. Okazało się też, że zupełnie nie dobraliśmy się w kwestii temperamentów. Ja jestem osobą raczej spokojną, a moje potrzeby seksualne są niewielkie. Natomiast on był niczym wulkan. Jego potrzeby były tak ogromne, że nie byłam w stanie ich zaspokoić. To powodowało ciągle napięcia między nami.
Oczywiście po wielu latach wspólnego życia przyzwyczaiłam się do tego, jednak często czułam stłamszona i osamotniona. Nie byłam szczęśliwa. Ale było jak było. Tłumaczyłam sobie, że życie to nie bajka i trwaliśmy tak przez wiele lat, bo mieliśmy dzieci i zależało nam, by je wspólnie wychować. Poza tym przyzwyczajenie też robi swoje.
Gdy mąż zmarł, po tym pierwszym, najtrudniejszym okresie żałoby, przyszedł czas wewnętrznej równowagi, wyciszenia i refleksji.
Z początku nie myślałam o związku z innym mężczyzną. Bałam się, że znów mogę trafić na „trudny charakter wpadnę z deszczu pod rynnę, kompletnie nie myśląc o tym, że może spotkam swoją prawdziwą drugą połowę.
Miłość - w moim wieku? Wydawało mi się to mało prawdopodobne. Chociaż w głębi serca, zawsze o tym marzyłam.
Jednak przyszedł czas, kiedy wewnętrznie okrzepłam, nabrałam sił oraz wiary w to, że może jednak warto spróbować. Może jest na świecie ktoś, z kim będę jeszcze naprawdę szczęśliwa?
Jak odniosły się do tego osoby z Twojego najbliżsezgo otoczenia?
Bardzo pozytywnie. Wszyscy mi szczerze kibicowali. Również moje córki, które nie chciały, bym resztę życia spędziła w samotności. Dodawały mi wiary, że to się może udać i że powinnam spróbować. Więc zaczęłam szukać.
W jaki sposób?
Przez internetowy portal randkowy. Osobom młodszym jest zapewne łatwiej. Mają do wyboru wiele różnych możliwości. Chodzą na prywatki, do klubów, na koncerty.
W moim wieku tych możliwości jest trochę mniej. Odwaga też już nie ta, zwłaszcza, gdy mieszka się, tak, jak ja, w małym miasteczku. Dlatego Internet wydał mi się najlepszym rozwiązaniem. Znalazłam portal randkowy, zalogowałam się, założyłam swój profil i zaczęłam przeglądać profile innych.
Jak długo szukałaś, zanim znalazłaś tego właściwego mężczyznę?
Dłuższy czas. Zanim poznałam Leszka, mojego obecnego męża, spotykałam się z czterema innymi mężczyznami. Oczywiście z każdym z nich wcześniej długo rozmawiałam na przez Internet. W ten sposób wzajemnie się poznawaliśmy.
Każdy z tych czterech mężczyzn był inny. Na spotkaniach byli sympatyczni i koniecznie chcieli mi czymś zaimponować. Ale dla mnie najważniejsze było to, że po każdym ze spotkań czułam, że bardzo im się podobam. Każdy z tych mężczyzn, namawiał mnie na związek. To dodawało mi odwagi do dalszego szukania tego wymarzonego.
Z jednym z tych mężczyzn (miał na imię Jan), zdecydowałam się nawet spotykać dłużej. Ale nie wyszło - brakowało mi z jego strony bliskości. Rzadko mnie przytulał, rzadko dzwonił. Pod pewnymi względami bardzo przypominał mojego pierwszego męża. Z dnia na dzień coraz mocniej czułam, że to jednak nie to, czego pragnęłam.
Któregoś dnia zdecydowałam się powiedzieć mu o swoich wątpliwościach i przestaliśmy się spotykać. Po prostu to nie był właściwy mężczyzna dla mnie.
Czy te pierwsze, nieudane próby, nie zraziły Cię do dalszego szukania?
Przez pół roku, kiedy spotykałam się z Jankiem, zawiesiłam swoją obecność na portalu randkowym. Po rozstaniu zalogowałam się ponownie. Każdy ze spotkanych przeze mnie mężczyzn był w miarę normalnym facetem. To bardzo pozytywnie mnie nastroiło. Zaczęłam wierzyć, że gdzieś tam ten „mój” wymarzony jest.
W tej wierze bardzo podtrzymywała mnie młodsza córka, wierzyłam więc, że musi się udać.
No i udało się. Opowiedz proszę o początkach waszej znajomości i o narodzinach głębokiego uczucia.
Po raz pierwszy umówiłam się z Leszkiem na randkę po prawie dwumiesięcznej pisaninie na gg. Pamiętam, że to był luty. Była ostra zima.
Zabrał mnie do małej knajpki i wręczył piękny bukiet czerwonych róż. Rozmawialiśmy o wszystkim - o naszych wcześniejszych związkach, o rodzinie, dzieciach, pracy.
Już na pierwszym spotkaniu czułam się przy nim bardzo dobrze. Był takim normalnym, ciepłym facetem. Ja chyba też zrobiłam na nim dobre wrażenie, bo od razu umówiliśmy się na drugie spotkanie. Tym razem u mnie w domu. Po tym spotkaniu byłam już w zasadzie pewna, że to człowiek, którego szukałam.
Mimo wszystko, byłam ostrożna. Przez następne tygodnie spotykaliśmy się raz w tygodniu. W tym czasie bacznie go obserwowałam.
Leszek dzielił swój czas między opieką nad schorowaną matką, pracą i spotkaniami ze mną. Podziwiałam go za to. Codziennie do mnie dzwonił, wysyłał sms-y. Wiedziałam, że mu zależy. Czułam się zupełnie inaczej niż wtedy, gdy byłam z Jankiem.
W kwietniu wybraliśmy się razem na wesele mojej siostrzenicy. Wtedy przedstawiłam Leszka całej rodzinie. Wszyscy od razu bardzo go polubili. Bawiliśmy się świetnie i... podjęliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu. W maju byliśmy już razem.
Czy na początku Waszego wspólnego zamieszkania, pojawiły się jakieś problemy?
To się może wydać dziwne, ale nie. W zasadzie nie pamiętam żadnych problemów. Za to z dnia na dzień było nam ze sobą coraz lepiej. Coraz mocniej utwierdzałam się w tym, że mam przy sobie człowieka, na którego zawsze mogę liczyć i który myśli podobnie jak ja o wielu sprawach.
Czułam się przy nim bezpiecznie. Było mi dobrze, gdy mnie przytulał, całował i spał w nocy obok.
Pewnego dnia (po prawie trzech latach wspólnego życia), zdałam sobie sprawę, że go kocham i że już trudno byłoby mi żyć bez niego. On czuł dokładnie to samo. Dlatego też zdecydowaliśmy się zalegalizować nasz związek. Trzy miesiące temu wzięliśmy ślub.
Marysiu, tobie się udało. Znalazłaś swoją prawdziwą miłość.
Z całego serca obojgu wam gratuluję i życzę, byście mogli jeszcze przez wiele lat cieszyć się sobą!
Czy na koniec chciałabyś powiedzieć coś osobom, którym jeszcze się nie udało, a które właśnie szukają swojego nowego partnera? Albo tym, które, podobnie jak Ty kiedyś, wahają się nad tym, czy w ogóle warto zacząć go szukać?
Kiedy kończy się jedna miłość, zwykle potrzebujemy czasu, by dojrzeć do następnej. Jednak ten czas jest niezbędny, by uświadomić sobie, że życie bez miłości nie ma sensu. Trzeba mieć cele i marzenia, by móc szczęśliwie żyć. Trzeba kochać i być kochanym.
I nie należy czekać z szukaniem nowej miłości, aż przestaniemy się bać. Gdy odnajdzi. To właśnie odnaleziona miłość ma dać nam poczucie bezpieczeństwa. Nowej miłości należy wyjść naprzeciw i pamietać, że każda miłość jest inna...
A z doświadczenia mogę powiedzieć, że ta druga może być nawet piękniejsza, niż pierwsza.
Ilość komentarzy: 2
|
iscdalej
2010-02-15 - 05:08
|
Po nieudanym związku należy wstać i z podniesioną głowa iść dalej. Niestety łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale nie pozostaje nic innego jak szukać tej jedynej/jedynego
|
|
serduszko
2010-02-09 - 07:09
|
w tym wieku wiele osób boi się podejmować nową próbę ułożenia sobie życia. a przecież każdy z nas ma prawo do szczęścia!
|
Dodaj swoją opinię: